booth and the bad angel

Booth And The Bad Angel historia jednego winyla

Dawno, dawno temu Tim Booth, wokalista brytyjskiej formacji James, spotkał Angelo Badalamenti, kompozytora znanego ze współpracy z Davidem Lynchem. Do tej dwójki dołączył jeszcze Bernard Butler, który właśnie opuścił Suede.

Efektem tego spotkania była piękna płyta, Booth And The Bad Angel, wydana w wersji CD w 1996 roku, która po latach doczekała się wreszcie reedycji na czerwonym vinylu. Tak mogłaby się zaczynać spoko recenzja w miesięczniku Vinyl Fairytale, tymczasem cała historia ma się lepiej.

Dawno, dawno temu w jednym z wieżowców na łódzkim Manhattanie spotkali się Uzek i Bisior. Ten drugi pracował w Radiu Manhattan, do którego należały rozległe tereny w tym bloku. Ten pierwszy miał zawsze przy sobie sporą porcję płyt, rodem z UK, których raczej nie można było zdobyć na rodzimym podwórku.

Obaj młodzi mężczyźni, chociaż ten drugi młodszy, spotykali się wieczorową porą w małym pomieszczeniu na końcu długiego korytarza. Pomieszczenie schadzek było szumnie nazywane studiem produkcyjnym Radia Manhattan. Bardzo szumnie, bo metry kwadratowe tego pokoiku pozwalały na wejście do niego i klapnięcie na dwóch fotelach. Pomimo późno-gierkowskiej sztukaterii drewnopodobnej, obaj bohaterowie odnajdywali w tym klaustrofobicznym metrażu urządzenie, które stało się przyczyną i celem spotkania. Jednego z wielu na przestrzeni dziejów.

Lekko złotawy Marantz, który miał zdolność przenoszenia dźwięku między płytą CD, a jej dziewiczą wersją, lśnił na półce nad głowami bohaterów. W czasach kiedy komputery Pentium miały jeszcze malutkie procesorki i nie miały nagrywarek, nasz złoty przyjaciel był błyszczącym obiektem pożądania, dla wszystkich uzależnionych od muzyki, której nie udawało się łatwo zdobyć tuż za rogiem.

Uzek i Bisior rozpoczęli więc przygodę z technicznym cudem, początku lat 90-tych, które owocowała na wielu polach. Ten pierwszy tworzył składanki dla przyjaciół, które były perfekcyjnie spersonalizowane, jak byśmy to obecnie nazwali, a był i jest w tym mistrzem do dziś. Nick Hornby wiele się jeszcze musi nauczyć, aby napisać sequel Wierności w stereo.

Ten drugi kopiował jak oszalały nowości zza kanału La Manche, które potem prezentował w swoich programach, ku radości słuchających.

Często spotkaniom towarzyszył wątek pedagogiczny. Uzek oświecał Bisiora i pozwalał, dzieląc się swą wiedzą i doświadczeniem, na odkrywanie dźwięków, na które ten drugi musiałby czekać latami.

  • Weż przegraj to… tak to.
  • Co to?
  • Jak Ci powiem, to i tak kurwa nic Ci to nie powie. Po prostu posłuchaj… i co dobre? Dobre nie! Obsrasz się, jak posłuchasz więcej. Przegrywaj nie pierdol… aaaa i to, i to bierz w ciemno pokochasz.

No generalnie Uzek, niczym Kaszpirowski muzyki, wiedział co gra w duszy młodego studenciaka, co to radiowym guru zapragnął być. I tak co kilka tygodni obsrywałem się po całości, słuchając nowej muzyki i krótkich, konkretnych przekazów słownych mojego mentora, a Marantz chodził na pełnych obrotach, wypełniając łódzkie wieczory na Manhattanie.

Jedną z kapel, które odkryłem dzięki Uzkowi był James. Coś dziwnego w głosie Tima Bootha i muzyce tej kapeli sprawiło, że zagościła w moim sercu na zawsze. Generalnie każdy, na kogo Uzek miał jakiś towarzyski wpływ, musiał pokochać ten zespół. Taka karma 🙂

Podczas jednego z wieczorków w ciasnym pokoju z Marantzem usłyszałem:

  • To koniecznie!
  • Co to?
  • Ten koleś z Jamesa i Badalamenti.
  • ??? – zmarszczyłem wymownie czoło.
  • Kurwa, Twin Peaks znasz? Znasz. Temat muzyczny znasz? Znasz. Lynch – nazwisko kojarzysz? Dobra. To kopiuj i słuchaj

I posłuchałem i grałem. Booth And The Bad Angel to do dziś moja ukochana płyta. Gracja, smak, nienachalna przebojowość, nastrój i mroczna okładka, która przyciąga.

Posiadanie oryginalnego nośnika, co dziś w czasach streamingu jest dla młodych czymś nieosiągalnym rozumem, było zawsze częścią mojego świata muzycznego. Najpierw albumy CD, teraz vinyle, jako szlachetniejsza forma rozwoju.

Bierzesz do ręki płytę i czujesz się częścią procesu tworzenia. Obcujesz ze swoim ulubionym artystą. Widzisz grafikę, która jest nierozerwalną częścią prawdziwego muzycznego dzieła. Wyjmujesz, kładziesz na gramofonie lub wciskasz do cdeka. Masz wrażenie, że ktoś jest z Tobą w pokoju i razem słuchacie, przeżywacie, smakujecie.

Ci winylowi mają oczywiście gorzej. Najchętniej mieliby kilka wersji tej samej płyty. Każda ta sama, ale nie taka sama. Różne matryce, tłoczenia, dźwięk, kolory okładki… ot historia na inną opowieść.

Generalnie mam wrażenie, że nawet artyści nie mają tylu problemów ze skończeniem płyty, co winylowi z pozbieraniem ze świata tych wszystkich fragmentów rozbitego zwierciadła polichlorku winylu.

Lata mijały, a ja ciągle z płytą w wersji CDR. Oryginalnego nośnika nie dane było zdobyć. Dopiero kiedy internet nabrał rumieńców i pojawiły się sklepy muzyczne w sieci, Booth And The Bad Angel pojawił się wreszcie w mych objęciach.

Zupełnie przypadkowo odkryłem ostatnio, że album będzie wreszcie wydany na winylu. Szybkie szperanie i ciach, zamówione.

Dziś przyszła. Od amerykańskich Niemców, bo bliżej i pewniej.

Booth And The Bad Angel

Czerwony krążek kręci się na 33 i 1/3, a ja strzelam fotę i dzielę się radością z jedynym człowiekiem, który pewnie ma oryginalny krążek na półce. Pewnie jeszcze pierwszy press. Nigdy nie pokazał, ale pewnie ma. Wysyłam SMS do Uzka:

  • Tylko Ty zrozumiesz moją radość…
  • … ale mnie wkurwiłeś 🙂 to reedycja?

Zapomniałem, że Booth And The Bad Angel ukazał się właśnie na winylu … po raz pierwszy.