W marcu tego roku minęło 10 lat od wydania debiutanckiego albumu Enter Shikari Take To The Skies. To dla mnie także wspomnienie pewnego wiosennego wieczoru, kiedy zbierałem swoją szczękę z podłogi, po kilkukrotnym wysłuchaniu debiutu grupy. The Spark przywołuje tamte emocje, lekkość i energię.

Nazwa Enter Shikari zaintrygowała mnie od początku. Brzmiała w moich uszach niczym połączenie obciachowego oldskulu Atari, szalonej mangi i czegoś niepokojąco nieokreślonego, co wyłaniało się z okładki albumu. Jakaś buka i młody Indianin trzymają szczerzącą się ziemię nad korzeniami drzewa. Szaleństwo rozpoczęło się od pierwszego wykrzyczanego „shit” i potem poleciało. Urzekające melodie zamknięte w prostych klawiszowych akordach, agresywne gitarki, zmiany tempa, growling i pozytywnie gówniarski głos wokalisty.

Wskoczyłem do sieci, aby sprawdzić jak wyglądają ci hardcorowi mutanci. Spodziewałem się wydziaranych, ubranych w skóry i metal użytkowników siłowni, a tymczasem… trafiłem na imprezkę studenciaków, w osiedlowej suszarni, kręconą vhs-em, której ton nadaje koleś, z fryzurą „radomskiego bitelsa”.

Szok był na tyle pozytywny, że przypomnieli mi stare dobre czasy, kiedy sam krzyczałem w piwnicy do mikrofonu na próbach mojej kapeli. Luz, spontan i brak jakiejkolwiek napinki. Ich muzyka na tle wielu innych zespołów, wydawała się tak pięknie naiwna. Po prostu wyrwali trzydziestosześcioletniego faceta z fotela, pompując świeżą krew.

Każdy kolejny kawałek był jak uderzenia fal. Energiczne, ekstatyczne salwy sprawiały, że z lekkością biegałem po ścianach swojego garażu. Wszystkie elementy, tej  muzycznej układanki, były smakowicie połączone z momentami popowego, wręcz delikatnego pulsowania, które skłaniało do nieśmiałego, tanecznego pląsu. Dzięki Take To The Skies przed czterdziestką poczułem się jakbym znów miał dwadzieścia lat i ochotę na więcej. Do dziś podczas ich koncertów beztrosko zapominam o metryce. Ona przypomina się dzień później i nie bierze jeńców.

Kolejne płyty Enter Shikari przynosiły kolejne porcje rewelacyjnych kawałków, a oni nie stali w miejscu. Niby ta sama historia, ale zawsze opowiedziana inaczej. Umiejętnie balansowali między hard-core’ową mocą, a elektroniczną zadymą. Zgrabnie flirtując z dubstepem, co nie wszystkim wyszło na dobre, a im akurat tak.

Enter Shikari The Spark recenzja – press photo

I tak, z pierwszymi podmuchami jesiennego lata, nadleciały pierwsze jaskółki nowego albumu Enter Shikari The Spark. Najpierw pojawiło się Live Outside. Lekko, zwiewnie, radośnie. Po prostu typ na listy przebojów. Kiedy Rou wykrzykuje I wanna live outside, live outside of all of this, to i tak noga rytmicznie podskakuje. Hicior niczym Johny Sniper z debiutu.

Drugi singiel Rabble Rouser pozornie mniej przystępny, bardziej połamany, a i tak po kilku przesłuchaniach zostaje w głowie. Przez kolejne dni nie mogę uwolnić się od mimowolnego podśpiewywania, moim urzekającym sopranem: Warning, this escalates quickly, Are you getting nervous? Do tego akustyczna wersja, którą Rou i Rory wykonali później w naszym studio.

enter shikari – rabble rouser

Take My Country Back zaczyna się znowu nieśmiałą klawiszową zachętą, aby przekształcić w rasowy, punkowy kawałek, z ekstatycznym refrenem, który przepięknie będzie brzmiał w grudniu w Proximie. Chociaż Rory wyraża w nim swój stosunek do Brexitu, to myśle, że w obecnej sytuacji słowa: Don’t wanna take my country back, I wanna take my country forward, wyrażają uczucia milczącej, pozornej mniejszości, w naszym pięknym kraju nad Wisłą.

Nagle lądujemy miękko na Airfield. Delikatny, pełen ciepła i pozytywnego przesłania numer. Który wystrzela pod koniec w niebo przesłaniem nadziei, a ostatnia zwrotka może stać się mimowolnym mottem dla wszystkich, którzy zwątpili w siebie.

When the wind’s against you
Remember this insight:
That’s the optimal condition
For birds to take flight
Now the wind’s against you
Don’t give up the fight

Następnie Rou zabiera nas na wycieczkę do lasu w Shinrin-yoku, podczas którego ładujemy baterie. Stawiamy kroki, rytmicznie pulsując w rytm kolejnych dźwięków i znowu w finale wylatujemy w górę, starając się dosięgnąć nieosiągalnego. Wpadamy w obcjęcia Undercover Agents, kolejnego pozornie wyciszonego kawałka, który otacza nas rytmem, chóralnymi wokalami.

The Revolt  Of The Atoms jawi się niczym chory sen zmęczonej cywilizacji, a jednocześnie urzeka i wciąga do szalonego tańca. I na koniec An Ode To Lost Jigsaw Pieces (In Two Movements), przejmujące rozliczenie się Rou z własnym smutkiem straty i finalne, pozorne katharsis, które zanurza się w leniwych dźwiękach, krótkiego The Embers. Po chwili … z radością przyjmuję ponowne akordy tytułowego The Spark i całą podróż zaczynam od nowa.

Enter Shikari na nowej płycie nie są pozornie tak mocni, jak na poprzednich krążkach. Dźwięki nie atakują nas zmasowaną siłą riffów, elektronicznymi kaskadami szalonego pogo. Ujmujące melodie czarują bogactwem brzmień i lekkością, która stanowi kontrapunkt dla przesłania krążka.

Kiedy trzydziestka pojawia się na karku nie atakujesz całego świata, wypluwając jego resztki. Zaglądasz raczej w głąb siebie i rozliczasz demony. Powolnie składasz do kupy to co masz i robisz remanent. Rzeczywistość za oknem nadal wkurwia, ale potrafisz już bez jałowego gniewu, spokojnie analizować jej aspekty. Starasz się znaleźć rozwiązanie, zaczynając od posprzątania swojej duszy.

Na nowym krązku zespól znalazł sposób, aby bez wielkiego hałasu trafić nas celniej, w samo serce, dając przy okazji sporo muzycznej frajdy i powodu do szalonego tańca bez końca. To nie znaczy, że Enter Shikari stracili swoje muzyczne cojones. Na The Spark spotkacie zespół, który dojrzał i odkrywa siebie samego na nowo, umiejętnie dozując doznania i balansując muzyczne przyprawy.

ps. Przy okazji to nadal sympatyczni kolesie, którzy pomimo sukcesów i setek tysięcy followersów nie utracili kontaktu z ziemią. Dają się nawet zaciągnąć do kibelka sławy swojej najstarszej, męskiej groupies, co odbija się na ich zdrowiu emocjonalnym na tyle, że przychodzą do radia w kurtkach, a wyjeżdżają bez. Na szczęście nad wszystkim czuwa Anna. Niczym gospodarz domu nie da krzywdy zrobić nikomu i okrycia trafiają bezpiecznie do właścicieli. 🙂 🙂 … Are you getting nervous?

ps2. Kate i Tony dzięki!

rou, rory i bisior
Enter Shikari The Spark recenzja – Rou, Rory i Bisior #kibelekslawy

Enter Shikari The Spark

01. The Spark
02. The Sights
03. Live Outside
04. Take My Country Back
05. Airfield
06. Rabble Rouser
07. Shinrin-yoku
08. Undercover Agents
09. The Revolt Of The Atoms
10. An Ode To Lost Jigsaw Pieces (In Two Movements)
11. The Embers

 

 

Happysad Ciało obce, czyli brzydkie kawałki



Autor - Bisior

Na co dzień gada i gra na antenie MUZO.FM Czasem kiedy nie gada lubi coś napisać :).

Sprawdź inne artykuły Bisior
  • Bardzo fajnie napisana recenzja. Liczę na nieziemski koncert w grudniu w Proximie 🙂