W 2014 roku wyemitowano ostatni odcinek trzeciego sezonu Sherlocka. Aż trzy lata czekaliśmy na czwartą serię, jednak czy było warto?

The Six Thatchers

Sherlock wreszcie wraca na ekrany naszych telewizorów. Muszę powiedzieć, że był on jednym z najbardziej oczekiwanych przeze mnie seriali w ostatnim czasie. Lata nieobecności „doskonale funkcjonującego socjopaty” nie zostały jednak aż tak wynagrodzone.

Akcja czwartego sezonu dzieje się na kilka minut po zakończeniu poprzedniej serii i odcinka specjalnego. Detektyw Holmes wraca do Anglii z wyjątkowo krótkiej deportacji. Jego brat, Mycroft, stara się zatuszować sprawę zabójstwa z rąk Sherlocka. Później bohater, jak gdyby nigdy nic, rozwiązuje kilka spraw, czekając na ruch nieżywego Moriarty’ego. Pewnego dnia na Baker Street przychodzi Lestrade i oddaje w ręce Holmesa intrygującą sprawę śmierci pewnego chłopaka, która okazuje się podłożem dla dalszego rozwoju fabuły.

W moim odczuciu największą wadą tego odcinka jest szybkość z jaką reżyserka Rachel Talalay próbowała przedstawić nam tę historię. Czekałem trzy lata na prawdziwy, czwarty sezon Sherlocka i co? Początek był tak mało satysfakcjonujący. Oglądając odnosiłem wrażenie, jakby to był po prostu kolejny odcinek, na który czekało się tydzień, a nie pierwszy epizod nowego sezonu, tworzonego przez lata.

Chociaż każdy odcinek Sherlocka trwa półtorej godziny, to Talalay gnała, jakby na żadną scenę nie miała czasu. To było tak irytujące, że nie mogłem nacieszyć się powrotem takich postaci jak pani Hudson albo Molly, bo reżyserka nie dała im nawet czasu na godną wymianę zdań.

Nie zrozumcie mnie źle, oglądając ten odcinek bawiłem się bardzo dobrze, bo lubię formułę tego serialu. Lubię patrzeć, jak Sherlock rozwiązuje te zagadki i lubię przeniesienie prozy Sir Arthura Conana Doyle’a do współczesności. Można się za to zmęczyć, jeśli film w ogóle nie chce zwolnić, tylko cały czas pokazuje nam coś innego. Dla przykładu wiele scen już wypadło mi z głowy albo ich nie zrozumiałem… Właściwie co robił tam ten piesek-pomocnik albo jego właściciel haker? Czy to miało jakiś wpływ na akcję? Nie pamiętam.

Chciałbym jeszcze odwołać się do negatywnych opinii na temat dużego zwrotu fabularnego. Czytając komentarze w Internecie fanów nietrudno nie odnieść wrażenia, że fandom Sherlocka ma jakiś gigantyczny problem. Ludzie denerwowali się na odważną decyzję twórców tylko dlatego, że taki rozwój wydarzeń nie przypadł widzom do gustu. Dla mnie było to niespodziewane i interesujące posunięcie. Ciekawi mnie, jak dalej zostanie to rozwinięte.

Dodam jeszcze, że plot twist, pokazujący nam, kto jest wrogiem Sherlocka w tym odcinku miał taką małą moc przez to, że postaci, która okazała się przeciwnikiem, było tak mało, że nie zrobił na mnie wrażenia.

Czy uważam, że The Six Thatchers to najgorszy odcinek Sherlocka? Nie wiem, ale jest na pewno jednym z gorszych. Trzeba tylko przy tym stwierdzeniu pamiętać, jak wysoko została zawieszona poprzeczka w poprzednich epizodach.

Podsumowując, pierwszy odcinek czwartego sezonu był zdecydowanie za szybki i czasem ciężko było się połapać w fabule. Nie oznacza to, że nie posiadał kilku świetnych momentów. Najbardziej uśmiechnąłem się przy wymianie zdań między Sherlockiem, a Mycroftem odnośnie dziecka Johna i Mary:

 „Mycroft Holmes: Looks very fully functioning.

Sherlock Holmes: Is that the best you can do?

Mycroft Holmes: Sorry, I’ve never been very good with them.

Sherlock Holmes: Babies?

Mycroft Holmes: Humans…”

Zobaczymy, co przyniosą nam kolejne odcinki – „the game is on!”

Autor - Maciek "Greadoit" Bisiorek

W wolnym czasie gra, czyta książki, ogląda filmy oraz seriale. Ma zdecydowanie za dużo wolnego czasu.

Sprawdź inne artykuły Maciek "Greadoit" Bisiorek