Zobaczcie, kto zwyciężył w naszym konkursie!

Dziękujemy bardzo  za te wszystkie ciekawe historie związane z Twin Peaks. Z wielu zgłoszeń wybraliśmy jedno, które najbardziej nam się spodobało.

Przypomnijmy jeszcze jak brzmiało zadanie konkursowe:

Napiszcie do nas swoje najlepsze wspomnienie związane z Twin Peaks. Może to być wszystko – rozpoczynając od uczuć na temat zakończenia któregoś sezonu, kończąc na dreszczach związanych z odsłuchiwaniem głównego motywu serialu. Liczymy na jakieś fajne historie o jednym z naszych ulubionych seriali wszech czasów.

Winyl Twin Peaks 2017 powędruje do Mateusza K. Skontaktujemy się z Tobą mailowo 😉

Tekst nadesłany przez Mateusza:

Cześć! W kręgach fanów Twin Peaks jestem tzw. “milenialsem”, urodziłem się już po pierwotnej telewizyjnej premierze serialu z 1990 roku. Twin Peaks mimo wszystko pozostaje dla mnie moim ulubionym a jednocześnie – w mej opinii –  najlepszym serialem jaki ukazał się dotychczas. Długo by wyliczać dlaczego tak uważam, ale przede wszystkim uważam, że ta ‘kultowość’ serialu wynika w dużej mierze ze ścieżki dźwiękowej. Gdy usłyszałem po raz pierwszy czołówkę i muzyczny wstęp do tego serialu oniemiałem. To jest dzieło kompletne, które bez żadnych kompleksów mogłoby znaleźć się na jednej półce z najlepszymi ambientowymi utworami. Oniryczna rzeczywistość serialu idealnie zostaje odzwierciedlona właśnie w “tytułowym” utworze. Miało być o wspomnieniach, więc zacząłem od początku, czyli muzycznego wstępu. Jednakże największe wrażenie na mnie wywarła postać mordercy – Boba. Ujrzawszy po raz pierwszy przerażającego, potwornego, odrażającego Indianina w jeansowej kurtce i z brudnymi, poklejonymi włosami byłem przerażony. Pierwsza jego dłuższa scena, która naprawdę wystraszyła mnie jak nic innego w kinematografii dotychczas (zwykle boję się każdego “BU!” z ekranu, ale w tym wypadku mało brakowało bym po prostu wypuścił z rąk komputer, na którym oglądałem serial) była wtedy gdy Maddie, Donna oraz James śpiewali “Just You”. Wtedy też Maddie właśnie zauważyła Boba, który ostentacyjnie, bez krępacji i przeszkód pokonuje meble i zmierza w stronę bezbronnej nastolatki w salonie Palmerów. Jego odrażający wyraz twarzy wywołał ciarki na moich plecach, a każdy krok w stronę obiektywu kamery powodował, że naprawdę bałem się, że Bob stanie zaraz koło mnie. Wtedy też pomyślałem o jednym z pierwszych kiedykolwiek nagranych filmów (Wjazd pociągu na stację w Ciotat, braci Lumiere) i o tym, że zawsze dziwiło mnie jak ludzie mogli bać się pociągu na ekranie. Zwykłego, jadącego pociągu. Dzięki Lynchowi ja poczułem się jakbym cofnął się o dobre 100 lat, bo sam przeraziłem się postaci, która po prostu była na ekranie. I nie był to chwilowy strach, bo wręcz każdy moment gdy Bob pojawiał się na ekranie był dla mnie koszmarem! Później nie mogąc doczekać się odcinka, w którym morderca Laury miał być ujawniony, zacząłem oglądać go idąc ulicą i nie zważając na jadące samochody. Była to pewnie jedna z najbardziej nieodpowiedzialnych rzeczy w moim życiu, ale było warto bo nie mogłem już dłużej czekać.  Tak – paradoksalnie – ‘fantastycznej’ sceny morderstwa nie nagrał dotychczas chyba nikt. Twin Peaks to opowieść, która w każdym calu powoduje przeniesienie do innego świata. Nie inaczej było z trzecim sezonem, który oglądałem już na bieżąco z premierą amerykańską. Czekanie na przebudzenie Coopera było jak kibicowanie dobremu przyjacielowi by w końcu znalazł sobie kobietę. A gdy w końcu z jego ust usłyszałem (chyba już słynne) “I am the FBI”, to poczułem jak drętwieją mi kończyny. Wielki finał nastąpił akurat wtedy, gdy wypoczywałem w słonecznej Chorwacji. 28 stopni Celsjusza, ciepła morska woda, szum fal, słońce i ja – skryty za skałami, w cieniu, w milczeniu i skupieniu oglądałem finał, który zamiast dać nam odpowiedzi na pytania zadał ich jeszcze więcej. Wspaniały powrót do wspaniałego serialu, który zawsze budził i już na zawsze będzie budził najbardziej skrajne emocje nie tylko u mnie, ale każdego odbiorcy lynchowskiego arcydzieła.

Twin Peaks 2017 – recenzja w reżyserii Davida Lyncha [WIDEO]