I am Groot – Strażnicy Galaktyki 2 to kosmiczna zabawa dla czterdziestolatków.

Strażnicy Galaktyki 2

Strażnicy Galaktyki 2, z pozoru banalna komiksowa historia, wymyka się wszelkim superbohaterskim schematom i przynosi sporą porcję zdrowego śmiechu i zwyczajnie dobrej rozrywki. Niewiele jednak brakowało, aby było inaczej.

Trochę czasu upłynęło od premiery filmu. Chcieliśmy wypuścić nasze recenzje wspólnie, ale jak to w życiu bywa, nie zawsze uda się spotkać na tym samym galaktycznym szlaku :). Zabrakło chyba taśmy klejącej, albo niektórym wkręciła się kaseta w walkmanie. No dobra… do dzieła.

Gdyby James Gunn postanowił ścigać się z klasycznymi obrazami gatunku, gdyby postawił na podniosłą muzykę w stylu Johna Williamsa i pełną powagę bohaterów, skupionych na swoim kosmicznym dziele, poniósłby niewątpliwie porażkę. Dostalibyśmy kiczowaty film z szopami, drzewkami i kolorowymi kosmitami. Takie połączenie Avatara z wczesnym Star Trekiem. (dla niewtajemniczonych: połączenie przerostu formy nad treścią, z kosmicznym kiczem lat sześćdziesiątych)

Tymczasem oglądamy na ekranie szalony, kolorowy, pełen fajerwerków, tryskający dowcipem obraz. Pełen rewelacyjnych popkulturowych odniesień. Mam wrażenie, że twórcy bawili się tak dobrze, kręcąc ten film, jak dobrze bawi się każdy widz, posiadający odrobinę dystansu do otaczającej rzeczywistości. Zapinamy pasy i rzucamy się w wir wielkiej kosmicznej przygody.

Jeśli idziesz na Strażników Galaktyki napompowany heroizmem którejś tam galaktyki, masz w domu dwa nagie świetlne miecze, umiesz robić startrekowe V, krasnoludy w twoim ogrodzie są zmutowane, zbierasz pajęczynę do słoika, w weekendy nosisz czarne, lateksowe ubranka z uszkami i bierzesz lekcje rzutu tarczą … zawróć. Natychmiast. Udaj się do pobliskiego kina na polską komedie, zdecydowanie romantyczną. Przeżyjesz kilka uniesień.

Jeśli kiedyś liznąłeś glam rocka, z pokoju rodziców sączył się Cat Stevens, obejrzałeś jeden odcinek Latającego Cyrku Monthy Pytona, jedynym bohaterem jakiego znałeś w dzieciństwie był He-Man, wiesz do czego służy ołówek, w kontekście walkmana, marzyłeś aby KITT stał w twoim garażu, zbudowanym przez MacGyvera, Ucieczka z Nowego Jorku był jedynym filmem wakacji 1981 roku i płakałeś na Rambo I, a do tego wierzysz, że jesteś Jedi (albo… no cóż Sithem) wal śmiało do kina i zabierz dzieci… ale.

Najpierw pozwól im poznać twój świat. Ten stary, pozornie nieciekawy. Opowiedz o trzepaku. Puść kilka piosenek na rozgrzewkę, zacznij od Mr. Blue Sky. Opowiedz im o fenomenie kaset chromowych, albo metalic (level pro). O tym, że telefon miał tarczę i nie można było na nim sprawdzić fejsa, a jedynie dodzwonić się do bajek, horoskopów lub zegarynki. Zobaczcie kilka filmów sprzed lat i ruszajcie do kina.

Pięknie to wszystko jest poukładane w Strażnikach. Dwie godziny z okładem mijają niepostrzeżenie. Nie ma efektu bolącego dipą. Siedzisz i patrzysz na ten dziwny świat oczami z dzieciństwa. Chyba właśnie tak wyobrażałeś sobie super kosmos w kolorze, w czasach czarnobiałej telewizji. Parzysz i śmiejesz się w duchu, albo na cały głos, tym bardziej, że większość młodej widowni, poza wtajemniczonymi w analogowy świat, nie łapie niektórych żartów.

James Gunn fantastycznie narysował postaci dla dużych i małych widzów. To trochę jak ze Shrekiem. Każdy śmieje się w swoim momencie, a czasami śmiejemy się wspólnie. Napompowani testosteronem bohaterowie nie są doskonali. Mają swoje słabostki, bardzo dobrze pokazane, też składają się z warstw, jak cebula.

Kiedy czujesz, że w film wkrada się patos scenę ratuje Groot. Kiedy nadmiar pseudofilozofii unosi się do góry i za chwilę wybuchnie niczym gorąca para z czajnika wszystko ratuje Groot. Jest on doskonałym katalizatorem wszelkich nadmiarów, które stają się natychmiast lekkostrawne, przykryte wieloznacznym I am Groot.

Postać drzewiastego superbohatera, który chwilowo wyrósł z pieluch i jeszcze nie dotarł do gimnazjum jest jednym z najlepszych momentów, niejako leitmotivem tego filmu. Groot jest doskonałym następcą R2D2 i BB8, a nawet chwilami staje na podium filmowych sci-fi rozweselaczy. Już sama początkowa scena walki, dzięki drzewiastemu pląsaniu, staje się hitchcockowym trzęsieniem ziemi, po którym radość rośnie, z każdą minutą.

Jeśli szukasz filmu, w którym na serio czasem nic nie jest na serio. Bohaterowie, nie łamiąc czwartej ściany ciągle puszczają do Ciebie, nie to co trzeba, oko. Zawsze chciałeś przejechać się na kolejce górskiej, ale myślisz o tej śrubce, która jest poluzowana w torach. Nie wiesz gdzie położyłeś taśmę klejącą i nikt z domowników nie wie gdzie ona jest. Wpadnij na seans Strażników Galaktyki. To po prostu rewelacyjna porcja rozrywki, bez napinania muskuł. Taki komiksowy glam rock i aż dziw bierze, że na ścieżce dźwiękowej nie ma T.Rex. W końcu Drax to Metal Guru, a Strażnicy to Children Of The Revolution bez Rolls Royce’a.

Bisior

Na co dzień gada i gra na antenie MUZO.FM Czasem kiedy nie gada lubi coś napisać :).

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz