Londyńska ekipa Wolf Alice przyjedzie już we wrześniu do Polski. Mają na swoim koncie, wydany w ubiegłym roku debiutancki album My Love Is Cool i rosnącą grupę fanów.

Wolf-Alice-My-Love-Is-CoolEllie, Joel, Jeff i Theo wydają się być głęboko zanurzeni w morzu lat 90-tych. Po przesłuchaniu najnowszego krążka mam wrażenie, że gdyby nagrywali wtedy ich płyta mogłaby ukazać się pod szyldem 4AD, wytwórni która nadawała ton w tamtych czasach. Z jednej strony w ich nagraniach słychać słodkie echa twórczości Belly czy Lush, z drugiej odrobinę szaleństwa rodem z Pixies i The Breeders. Do tego odrobinę onirycznej zadumy Cocteau Twins i The Jesus And Mary Chain. Wolf Alice ułożyli naprawdę smakowity koktajl muzyczny opakowany w nowoczesną produkcję.

Moja przygoda z ich muzyką rozpoczęła się całkiem przypadkowo od kawałka Freazy. Radosnej, lekkiej kompozycji, która rozpływa się w przestrzeni niczym echa letnich dni, a sam tekst wydaje się być małą wizytówką grupy i obietnicą dobrych relacji:

You can hate us all you want but
It don't mean nothing at all
You can join us is you think you're wild
You can join us if you're a feral child
Our love is cool

My Love Is Cool jest zaskakującym krążkiem, który co chwila przenosi słuchacza w inne rejony emocjonalne. Od leniwie płynącego Turn To Dust do dynamicznego Bros. Shoegaze’owy Your Loves Whore zderza się z wyjącymi gitarami You’re Germ. Prawdziwe szaleństwo wybucha w refrenach, pozornie infantylnie wyśpiewanego Lisbon. Silk brzmi jak fragment ścieżki dźwiękowej filmu Drive. Ściany gitar z Giant Peach rozpływają się po chwili w słodkim Soapy Water.

Albumu słucha się dobrze, wprawdzie bez zatykających dech fajerwerków, które zostają na dłużej.   Mocnym elementem tej muzycznej układanki jest z pewnością głos Ellie Roswell. Delikatnie pieści za uchem  i  rekompensuje pewien niedosyt. Gdybym cytował klasyka zza ściany, to Wolf Alice powinni wreszcie zdecydować się na kilka chwytliwych kawałków. Odważnie poflirtować z listami przebojów, nie odlatywać za każdym razem, kiedy melodia zaczyna nieznośnie stawać się zbyt lekką :). Może wtedy okazać się, że londyński kwartet z małych sal koncertowych przeniesie się do większych, a potem…

Tymczasem warto złapać ich 7 września w warszawskich Hybrydach. Zobaczyć z bliska ekipę, która gwarantuje szlachetny hałas z odrobiną relaksu.

 

Autor - Bisior

Na co dzień gada i gra na antenie MUZO.FM Czasem kiedy nie gada lubi coś napisać :).

Sprawdź inne artykuły Bisior