Nie mogę zaprzeczyć, że tym, co zachęciło mnie do obejrzenia Frantza, był piękny czarno-biały plakat filmowy – rezygnacja z kolorów jest bowiem w dzisiejszych czasach rzadka, bo uważana za przestarzałą i właściwie nic niewnoszącą. Plakat nie sugerował jednak w żadnym stopniu, że wstrząśnie mną bez reszty, nakłaniając mnie do niezliczonej liczby refleksji.

Nowy film François OzonaFrantz – porusza wiele tematów. Pierwszy z nich wydaje się błahy – to zwykła historia rodziny pogrążonej w smutku po stracie syna – tytułowego Frantza Hoffmeistera. Zginął on w ostatnim roku I wojny światowej na froncie zachodnim. Na jego grób, niedługo po zakończeniu walk, przyjeżdża nieznany nikomu mężczyzna, który okazuje się być Francuzem o imieniu Adrien Rivoire. Zawiązuje on kontakt z rodziną Hoffmeisterów, a szczególnie z narzeczoną Frantza – Anną. Tu nasuwa się drugi, najważniejszy dla mnie temat – trauma wojenna. Zarówno Francja jak i Niemcy pogrążone są w nieustającej żałobie po stracie setek tysięcy młodych ludzi, a do tego ciąży im kryzys ekonomiczny. Jeśli ktokolwiek chce się dowiedzieć, jak wojna dzieli ludzi, musi koniecznie zobaczyć Frantza.

Frantz opowiada o czymś, co nam – Polakom – jest kompletnie nieznane: I wojna światowa. Dla nas jest to wręcz obca wojna. Kiedy w Polsce przeżywa się dziś powstanie warszawskie i 17 września, na Zachodzie, szczególnie we Francji, wciąż mówi się o Grande Guerre. Dlaczego? Polacy nie uczestniczyli jako państwo w tym wielkim konflikcie i postrzegamy ją tylko, jako wykorzystaną okazję do sięgnięcia po niepodległość. Przez podzieloną na trzy części ojczyznę przewalały się, jak popadnie, wojska niemieckie, austriacko-węgierskie i rosyjskie, nie zaś wojska polskie. Ponadto trzeba wiedzieć, że trauma I wojny światowej wpłynęła na Zachód tak bardzo, że ten nie był raczej ochoczy do walki z III Rzeszą. Nie to, co my, podczas „naszej” II wojny światowej – byliśmy świeżym państwem, które ponadto poczuło już smak zwycięstwa w walkach z bolszewikami.

Podziały, jakie wynikły po I wojnie światowej na Zachodzie, w filmie ciążą nad widzem przez cały czas. Bywa to niezwykle frustrujące (czemu nie można tego raz na zawsze zakończyć?), jednak trudno jest znaleźć na to lekarstwo – konflikt zbyt głęboko wszedł w ludzką psychikę. Obie strony wzajemnie obwiniają się o śmierć setek tysięcy ludzi. Wszystko pokazywane jest nie z perspektywy żołnierzy, a z tej „ojcowskiej” – tych, którzy wysłali swoje dzieci na wojnę. Frustracja, złość, wściekłość, zawiść przejmują kontrolę nad oboma narodami, gotowymi rzucić się drugiemu do gardła. Patriotyczna duma u Francuzów ze zwycięstwa, chęć zemsty u Niemców – to wszystko wygląda dokładnie jak odbicie lustrzane. Strona niemiecka traktuje Francuzów jak machiny zabijające bezlitośnie Niemców, a francuska traktuje Niemców jak machiny zabijające Francuzów. Jakby nikt nie mógł wreszcie zrozumieć, że tak naprawdę zarówno francuscy, jak i niemieccy żołnierze byli zwykłymi ludźmi. Ponadto ludźmi zindoktrynowanymi i przepełnionymi patriotyczną dumą, za którą z początku gotowi są przelać własną krew, a później poświęcą ją za kromkę choćby czerstwego chleba. Z ich perspektywy właściwie nikt nigdy wojny nie wygrywa – przegrywają ją obie strony, cierpiąc głód, drżąc ze strachu i oczekując jej końca. Wygrywa państwo, instytucja. Naród zwycięża tylko na papierze. Gdy tylko zdaje się, że bariera między Adrienem i Hoffmeisterami pęka –  stosowany jest wówczas znakomity manewr przywracania kolorów w obrazie – ta ponownie powraca ze spotęgowaną trwałością.

Ozon ubiera się w filmie w szaty pacyfistyczne i robi to wprost perfekcyjnie. Frantza mogę porównać do również świeżego, bardzo chwalonego (także przeze mnie) dzieła Christophera Nolana o tytule Dunkierka. Reżyser podejmuje tam dyskusję z typowym hollywoodzkim przedstawieniem wojny – właściwie cieszeniem się nią, chlastaniem się krwią, strzelaniem do nieludzkiego wroga (tę rolę przejmują zazwyczaj Niemcy, ewentualnie Anglicy czy Japończycy) i oglądaniem rozrywanych brzuchów. Nolan pokazuje okropieństwo tego wszystkiego, a nieprzyjaciela ukrywa za kurtyną Dunkierki. Mimo tego, „niedzielny widz” i tak będzie zachwycony efektami specjalnymi czy wybitnym udźwiękowieniem obecnymi w tym filmie, co pozwala mu wyłączyć myślenie, a uruchomić adrenalinę. Nie będzie jednak zadowolony, gdy obejrzy Frantza, który wręcz zmusza do refleksji.  Nie otrzymujemy w nim ani batalii na polu bitwy (poza jedną, krótką sceną), ani nurkujących samolotów czy eksplodujących okrętów. Pozbawiamy żołnierzy mundurów, odbieramy im broń, ubieramy w marynarki, układamy fryzury i wrzucamy ponownie w wir normalnego życia. Nie ma już tej powszechnie rozumianej wojny – wystrzały ucichły, nie rozbrzmiewa ryk samolotowych silników, trąbki wśród szampańskich pól umilkły. Pozostaje jednak ta w głowie, a ona jest jeszcze bardziej niebezpieczna, bo o wiele trudniej jest się jej pozbyć.

Nie można zapomnieć o stronie technicznej Frantza. Nie bez powodu Pascal Marti dostał Cezara za najlepsze zdjęcia w 2017. Gra aktorska również jest na światowym poziomie – tu Paula Beer, wcielająca się w Annę, otrzymała Nagrodę im. Marcello Mastroianniego dla najlepszej młodej aktorki na Festiwalu Filmowym w Wenecji w 2016 roku. Nie można też nie docenić Pierre’a Nineya, grającego Adriena.

Warto też poświęcić kilka słów równie znakomitej fabule filmu, skropionej niejedną kroplą łzy i krwi. Trudno mi wymienić jakikolwiek inny seans, podczas którego tyle razy płakałem. Dzieło wchłonęło we mnie podczas tej niemal dwugodzinnej projekcji, przez co nie potrafiłem powstrzymać się przed wzruszeniem czy szczerym, dogłębnym smutkiem. Jeśliby szukać w dzisiejszych czasach filmu, po którego zobaczeniu przeżyć można, niczym w greckim teatrze, katharsis, wybrałbym niewątpliwe najnowszy film Ozona.

Zdominowało mnie poczucie bezradności i braku wiary w rodzaj ludzki. Poczucie, iż wojna nie ma sensu. Nie znajdziesz przecież takiego powodu, w imię którego warto jest wymordować połowę Europy. Byle błahy pretekst, czasami nawet wyimaginowany, przemienia się w realne i niebywale trudne do zlikwidowania podziały. Nikt po obejrzeniu Frantza nie będzie patrzył na wojnę tak jak przedtem. Dodatkiem do tego niezapomnianego seansu może być Na zachodzie bez zmian Ericha Remarque’a, również opisującego I wojnę światową i różne perspektywy patrzenia na nią. Wnioski są bardzo podobne – w wojnie nie ma nic zachwycającego.

Tylko krew, łzy i brud.

Autor - FranekPP

Jest miłośnikiem literatury, lubi dobre kino, muzykę, sam gra na akordeonie. Nie gardzi jednak też "banalniejszą" rozrywką, jak oglądanie meczów piłkarskich czy granie na komputerze. Od wielu lat podróżuje do najróżniejszych krajów - tych bliskich i dalekich.

Sprawdź inne artykuły FranekPP