Już się trochę osłuchała. Zakręciła się kilka razy w odtwarzaczu. Chociaż jak figa się nie ucukrowała, jak tytuń nie uleżała, to jednak nie pozwala by przejść obok niej obojętnie.

Nowa płyta The Killers Wonderful Wonderful jest już z nami od tygodnia i wywołuje mieszane uczucia i recenzje. Zresztą nie pierwszy raz w historii grupy, być może w przypadku The Killers to już standard.

The Killers Wonderful Wonderful, czyli pięć lat minęło od ukazania się płyty Battle Born, która wzbudziła trochę kontrowersji. Jedni zachwycili się popową prostotą, inni nie zostawili na grupie suchej nitki, za łzawe, coldplayo-podobne, czerstwe, jak brazylijska telenowela, piosenki.

Jeśli sięgniemy pamięcią w przeszłość Day & Age też nie zebrał samych rewelacyjnych recenzji, podobnie jak Sam’s Town. Hot Fuss w sumie pozostaje dla The Killers przysłowiowym „wzorcem metra z Sevres”, krążkiem do którego za każdym razem próbują równać. Jeśli nawet nie sam zespół, to my słuchacze i recenzenci z pewnością.

To co zachwyciło na pierwszej płycie to smaczne połączenie rockowych riffów, alternatywnych szaleństw i smacznego popowego szlifu. Wydaje się po latach, że w tym debiutanckim strzale znalazło się więcej spokoju i dojrzałości niż w jakiejkolwiek późniejszej produkcji grupy. Jeszcze niczego nie musieli, a już wszystko mogli.

Być może Brandon i ekipa zbyt wiele czasu poświęcają czytaniu kąśliwych artykułów, co nie wpływa pozytywnie na ich samopoczucie i dobry stan emocjonalny. Być może prywatne problemy odbijają się za mocno na ich twórczości. Ciężko unieść głowę ku muzom, kiedy rzeczywistość skrzeczy i uwiera. To temat dla psychologów.

Kiedy patrzę z perspektywy i słucham dziś kolejnych płyt ekipy z Las Vegas nasuwa mi się takie oto pytające stwierdzenie. Może The Killers to po prostu zespół singlowych hitów, który na próżno stara się tworzyć spójne albumy? Jeśli podejdziemy do tego w ten sposób ciężko rzucić kamieniem w kierunku chłopaków z miasta kasyn.

Lećmy po kolei, to przecież subiektywny przegląd hiciorów piszącego, wykraczający poza standard singlowy. Pozwólcie, że rzucę kilkoma tytułami, niech przepięknie zagrają w waszych głowach. When You Were Young, Bling (Confession Of A King), Read My Mind, Bones, Human, A Dustland Fairytale, This Is Your Life, The World We Live In, Here With Me, Runaways, Deadlines And Commitments. Pojawia się dobry album, z przewodnim hasłem od gitary do klawisza. Jeśli dołożymy kilka numerów z Hot Fuss mamy The Greatest Hits.

Możemy jeszcze do tego zestawienia dorzucić pierwszy solowy album Brandona, który jest dla mnie bardziej killersowy niż Battle Born, robi się naprawdę smacznie.

Czas zajrzeć na nowy krążek The Killers Wonderful Wonderful. Wsiadam do auta i na scenę wkracza Wonderful Wonderul, z muląco transowymi zwrotkami i zjawiskowym refrenem, który trwa zbyt krótko. The Man jest dla mnie jak odprysk z The Desired Effect, krążka na którym Brandon za bardzo stara się być alternatywnym Enrique Iglesiasem. (żarcik taki nie bez pokrycia). Wiem, pod wpływem częstego odtwarzania The Man zostaje w głowie. (tu oklaski dla Anny za konsekwencje w dociskaniu)

Rut – taki tam szemrzący miło kawałek, przy którym możesz spokojnie pogadać z mamą i wyprasować pranie, myśląc o tysiącu rzeczy. Life To Come to obiecująca z początku randka z tajemniczą dziewczyną, która kiedy się rozkręci jest nie do zniesienia i piszczy, niczym Mariolka. Brandon czasem staje się wokalnie nieznośną wersją Roya Orbisona, którego uwielbiam.

Wreszcie Run For Cover – bezwzględna miłość od pierwszego usłyszenia. Generalnie za ten kawałek dałbym im Grammy i Oscara. To w sumie taki The Killers, którego wszyscy kochamy. Jedziesz samochodem, z tym utworem w głośnikach i masz wszystkich za plecami. Kończy się… no to jeszcze raz i raz… i jeszcze raz. Tyson vs. Douglas jest niczym młodszy brat swojego poprzednika, może jeszcze nie te możliwości, ale i tak sporo ma do zaoferowania.

Some Kind Of Love, są takie kawałki, których się po prostu słucha i nie ocenia, albo nie słucha wcale. Brian Eno potrafi zawsze przepięknie rozpylić muzyczną mglę, która ma w sobie więcej ciepła, niż chłodnej wilgoci. Po niej przychodzi Out Of My Mind, zgrabny synth-popowy numer, który mógłby znaleźć się na ścieżce dźwiękowej do Stranger Things, a także na płycie Day & Age.

The Calling, wprowadzony przez Woody Harlesona i jego biblijne cytaty, wydaje się być kolejnym zanurzonym kawałkiem w sentymentalnej podróży za dawnymi dźwiękami, który nie urywa niektórych części ciała, ale rytmicznie wprowadza nas w kroczący trans. Na koniec ta jedna piosenka, dzięki której oczy twojej dziewczyny znowu spotkają się z twoimi. Taki pozorny hymn nadziei na przekór wszystkim wątpliwościom. Każdy potrzebuje tej jednej piosenki.

Kiedy siadałem do pisania tych kilku słów miałem zamiar odrobinę ponarzekać, a nagle dzięki kilku kolejnym przesłuchaniom nowej muzyki The Killers, wyszła zgrabna laurka.

Być może po raz kolejny nie mamy do czynienia z arcydziełem. Ot taka kolejna płyta, która może dać odrobinę radości, czasem lekkiej zadumy. Zyskuje z każdym odtworzeniem, kiedy się już „ucukruje” i „uleży”. Jeśli miałbym wskazać ten jeden powód zachwytu, to z pewnością jest nim Run For Cover. To meteoryt, który uderza z wielką siłą, jednak po czasie może się okazać, że miarowy rytm fal wyrzuci na brzeg inne numery, które nie obroniły się na początku.

ps. Gdyby, tak sobie gdybam, gdyby tylko Panowie Killersowie usiedli przy kominku, no dajmy na to podczas zimowej podróży do Polski i posłuchali swoje pierwszej płyty Hot Fuss. Przypomnieli sobie, jak to było, kiedy nie musieli niczego udowadniać, dołożyli potencjał z nowego krążka The Killers Wonderful Wonderful i wyczyścili swoje głowy, ze zbędnych obciążeń, mogłaby powstać… takie niedopowiedzenie 🙂

1. Wonderful Wonderful
2. The Man
3. Rut
4. Life To Come
5. Run For Cover
6.Tyson vs Douglas
7. Some Kind Of Love
8. Out Of My Mind
9. The Calling
10. Have All The Songs Been Written?

 

 



 

Autor - Bisior

Na co dzień gada i gra na antenie MUZO.FM Czasem kiedy nie gada lubi coś napisać :).

Sprawdź inne artykuły Bisior