Londyńskie trio White Lies właśnie wydało swój nowy krążek. Album zatytułowany Friends ukazał się 7 października,  promował go singiel Take It Out On Me.

Ekipa Harry’ego McVeigh od samego początku działalności nie ma lekkiego życia z krytykami muzycznymi. Wydaje się, że są oni ulubionymi chłopcami do bicia brytyjskiej i nie tylko prasy. Początkowo nazywano ich epigonami Joy Division, bezkrytycznymi naśladowcami Interpol i The Killers, a także Editors dla ubogich. Z uwielbieniem dokleja im się łatkę ulubieńców małych dziewczynek, a dzięki ostatniej płycie pojawiła się kolejna lista zarzutów. Z drugiej strony zespół wspiera spora rzesza oddanych fanów, którzy głosują na twórczość grupy, kupując kolejne płyty i bilety na koncerty.

White Lies nowa płyta
White Lies nowa płyta

No cóż małą dziewczynką już nie jestem, daleko mi do wytrawnych pisaczy muzycznych, których maksymalną oceną, dla większości płyt, są marne trzy gwiazdki. Wiadomo, że na więcej zasługują oni sami i ewentualnie Krzysztof Penderecki.

Tymczasem najnowszy album White Lies Friends wypełnił pięknymi dźwiękami kilka ostatnich dni i jakoś jeszcze nie zranił moich uszu, ani muzycznego smaku. Wręcz przeciwnie w pięknych, bujających, ciepłych i delikatnych dźwiękach odnajduję smaczną nostalgię za latami osiemdziesiątymi.

To kolejna płyta, po Kaiser Chiefs, Bear’s Den i Two Door Cinema Club, w której odbijają się echa muzycznych uniesień przełomu dekad disco i elctro-popu z ubiegłego stulecia. To prawda, że tamta epoka często jawi się, jako królestwo kiczu i plastikowego blichtru, jednak zawsze są momenty do których ja, jako świadomy uczestnik tamtej popkultury, wracam z przyjemnością.

Nowy album White Lies Friends jest taką brzmieniową wycieczką do krainy analogowych syntezatorów i produkcyjnego ciepła. Dobrą kontynuacją tych wszystkich ulotnych melodii, które znamy z poprzedniego krążka Big TV. Na szczęście bez patetycznie nadętych hymnów i zamieszania stylistycznego, jakie znajdziemy na płycie Ritual. Ten okres zespół ma już dawno za sobą.

Cel londyńczyków wydaje się jasno sprecyzowany. Nagrywają po prostu dobre, popowe piosenki, ubierając je w zgrabne aranżacje. Na nowej płycie można odnaleźć muzyczne zapachy twórczości The Cars, Ultravox czy Roxy Music, ten ostatni to być może efekt pracy w studio Bryana Ferryego. Syntezatorowe pasaże umiejętnie równoważą gitarowe riffy, a głos Harry’ego brzmi dojrzalej i pełniej. Mam nadzieję, że w wersji koncertowej również broni się , jak na samej płycie.

Friends sprawia, że deszczowy wieczór może wypełnić się niewinnością, lekką nostalgią i ulotną tęsknotą za wakacyjnymi zachodami słońca. Friends to dziesięć przebojowych kawałków, które przeniosą Was w dobre miejsce, jednych na koncertową salę, innych na taneczny parkiet. To po prostu płyta, której słucha się z przyjemnością, lekko i nienachalnie.

Tak to prawda, że muzycy nie odkryli muzycznej ameryki, nie zmienili swojego stylu i nie wyruszyli na poszukiwanie nowych rozwiązań brzmieniowych, jak chcieliby tego znawcy. Czy na prawdę musieli? Czy każdy krążek musi być wydarzeniem wstrząsającym posadami showbiznesu? W końcu w tej grze chodzi chyba o piosenki. O to, aby dźwięki które są nam serwowane dawały radość i pozwalały oderwać się na chwilę od szarej rzeczywistości, a temu zadaniu Harry, Charles i Jack sprostali z łatwością.

friends_white_lies

White Lies Friends

01. Take It Out On Me
02. Morning In LA
03. Hold Back Your Love
04. Don’t Want To Feel It All
05. Is My Love Enough
06. Summer Didn’t Change A Thing
07. Swing
08. Come On
09. Right Place
10. Don’t Fall

 

The Killers Wonderful Wonderful. Kłopocik z The Killers



Autor - Bisior

Na co dzień gada i gra na antenie MUZO.FM Czasem kiedy nie gada lubi coś napisać :).

Sprawdź inne artykuły Bisior