Filmy&nbspNowe&nbspOglądamy

Złoty głos, złoty uśmiech – recenzja Ron Howard Pavarotti

Przyciągnięty plakatami, udałem się do kina na Pavarottiego. Zachęcił mnie do tego reżyser owego nowego dokumentu, czyli Ron Howard, twórca takich filmów jak Apollo 13, Piękny umysł czy niedawny Solo. Ponadto, za scenariusz zabrał się scenarzysta oscarowego Ikara – Mark Monroe. Sztab ewidentnie na wysokim poziomie.

          

  Jednak to, co mnie najbardziej przyciągnęło, to oczywiście sam Luciano Pavarotti. Jego głos zawsze mnie zachwycał i imponował, a jego Caruso czy Nessun dorma od dłuższego czasu widnieją na mojej liście ulubionych utworów. Wszystko wydawało się wręcz idealne – nie dość, że będę rozpływał się przy rajskich dźwiękach muzyki jednego z najlepszych tenorów wszech czasów, to jeszcze będę mógł poznać samego Pavarottiego od innej, prywatnej strony. Właściwie nigdy nie myślałem o nim jako o człowieku, co zresztą rzadko mi się zdarza przy jakimkolwiek artyście.

            Ruszyłem do kina zadowolony i jeszcze szczęśliwszy je opuściłem. (Może pomijając fatalną widownię, która pomyliła salę kinową z ławką w parku, na której komentuje się każdą sylwetkę migającą przed oczami.) Howard i Monroe zdecydowanie mieli pomysł na ten film. Zrobili to, co w dokumentach niekiedy bywa trudne – uporządkowali historię w fantastyczny sposób, tak że miało się wrażenie, że każdy dialog i scena dokładają cegiełkę do obrazu postaci Pavarottiego. A była ona nieprawdopodobnie pozytywna i ciepła, ale również nie czarno-biała. Jednym słowem: ludzka. Tak jak każdy popełniał błędy i zdawał sobie sprawę ze swojej niedoskonałości.

Właściwie nigdy nie robił z siebie gwiazdy, nie kąpał się w zachwytach, mimo że tych nie brakowało.Zawsze dążył do lepszego – i w życiu prywatnym, i artystycznym. Dopiero pod koniec życia uświadomił sobie, że zaszedł daleko, wypowiadając słowa: Naprawdę byłem niezły. Ta jego skromność, urzekający uśmiech, porywający i przyprawiający o ciarki głos na pewno na długo pozostanie w mojej głowie. Pavarotti był nieprawdopodobnie zabawnym człowiekiem, cieszącym się każdą chwilą życia.

Jako znany artysta, Pavarotti musiał się zmierzyć z ważnym problemem, jakim jest wyznaczanie granicy między twórczością a własnym, odseparowanym życiem oraz moralnością. Śpiewak nie zawsze sobie z tym radził. Jak sam mówił, trudno mu było śpiewać, gdy wewnętrznie płakał. W pewnym momencie poszedł jednak za głosem serca. Pomimo narastającej krytyki, odłożył swoją karierę na bok i zajął się tym, co jest dla niego ważne – pomaganiem ludziom. Były to dla mnie najbardziej urzekające sceny całego filmu. Szczególnie ta, w której spotyka się z zespołem U2.

Pavarotti jest dziełem znakomicie działającym na uczucia – łzy rozbawienia i wzruszenia mieszają się w jedną strużkę spływającą po policzku.

           To głównie dlatego, że mamy do czynienia z historią tak ciepłego człowieka, Pavarotti jest dziełem znakomicie działającym na uczucia – łzy rozbawienia i wzruszenia mieszają się w jedną strużkę spływającą po policzku. Historię opowiada również rodzina – jego córki, żona oraz dziewczyna, z którą był razem do końca. To nadaje dokumentowi ponownie ludzki i bardzo emocjonalny charakter. Wydaje się, że nie ma niepotrzebnego momentu w tym filmie.

            Co prawda trudno mi znaleźć wyraźną wadę w Pavarottim, nie mogę powiedzieć, że jest film jest arcydziełem. Jest to bardzo udany, niewątpliwie ponad poprawnie zbudowany dokument.

            Po prostu tak się to robi.

Exit mobile version