The Get Down Netflix. Szalona jazda w rytmie hip-hopu i disco powraca.

The Get Down Netflix

The Get Down to bez wątpienia jeden z najlepszych i chyba trochę niedocenionych seriali ubiegłego roku. W cieniu innych produkcji, o których pisano wiele, sześć odcinków pierwszego sezonu podróży do południowego Bronxu pozostało bez większego echa. Druga odsłona tej opowieści i dokończenie sezonu już 7 kwietnia.

Szalona moda na serie filmowe, które w przeciwieństwie do niekończących się seriali, są rozłożonymi w czasie, doskonałymi i zamkniętymi historiami, trwa w najlepsze. I dobrze. Dzięki ostatnim produkcjom telewizyjne serie śmiało przyćmiewają zwykłe filmy fabularne, dając twórcom doskonałe narzędzia do uwodzenia widza doskonałymi opowieściami.

Każda dobra seria to przede wszystkim dobry scenariusz, doskonałe i nawet chwilami genialne aktorstwo i to, co najważniejsze, czas. Twórcy nie muszą śpieszyć się z narracją, kastrując opowiadane historie i przycinać je do rozmiaru kinowego filmu. Akcja prowadzona niespiesznie pozwala na ukazanie barw, smaków i zakamarków fabuły. Umożliwia aktorom odegranie emocji i wciągnięcia widza w filmową podróż, a reżyserom na sprawne przedstawienie swojej wizji, w interesujący sposób.

Hity seryjne można wymieniać jednym tchem od Dextera, przez Breaking Bad, kultowy już House Of Cards, po Młodego Papieża, Stranger Things, Narcos czy Marvele Netflixa: Daredevil, Jessica Jones, Luke Cage. Mam jednak wrażenie, że w tej paradzie fantastycznych obrazów zagubił się jeden, nie mniej doskonały, czyli The Get Down.

Seria wykreowana przez Baza Luhrmanna i Stephena Adly Guirgisa jest genialnym filmowym roller coasterem, który wciąga nas w wir opowieści o Nowym Jorku końca lat siedemdziesiątych. To w zasadzie prosta i urzekająca historia poszukiwania swojego miejsca na ziemi przez głównych bohaterów. Odkrywania miłości i swoich pasji w niełatwych okolicznościach przyrody, jakie panowały wtedy na Bronxie. W tle czai się brudna polityka i szemrane, mafijne interesy. Miasto w kryzysie, bezrobocie, stagnacja i upadek dzielnicy, a między tym wszystkim zwykli ludzie i ich zwykłe, codzienne problemy. Wszystko spina, niczym roztańczona klamra, wszechobecna muzyka, która jest jednym z atutów The Get Down.

„Nie będę oglądał serialu o hip hopie. Nie cierpię disco lat siedemdziesiątych. Od R’N’B więdną mi uszy.” Hola hola. Nawet jeśli poprzednie trzy stwierdzenie charakteryzują twoje stylistyczne odczucia, to właśnie dlatego powinieneś dać się porwać szaleństwu The Get Down.

the get down

Muzyka jest bowiem arcydziełem tej serii, drugim narratorem i wreszcie fantastycznym łącznikiem między kolejnymi scenami. Twórcy potrafili doprowadzić do genialnej spójności wszystkich gatunków, która dodaje mocy obrazom przesuwającym się na ekranie. To już nie jest zwykła ścieżka dźwiękowa, ale samoistny, pełnokrwisty bohater bez którego trudno wyobrazić sobie całą historię.

Dołóżmy do tego genialną scenografię, która sprawia, że widz ma wrażenie pełnej autentyczności oglądanych scen. Podczas seansu czujesz swąd spalenizny z pożarów, szalejących na Bronxie i smród walających się śmieci. Mocną stroną filmu są również fantastyczne kostiumy, które oddają realistycznie ducha epoki i nie sprawiają wrażenia wypożyczenia z lokalnego skansenu, jak ma to miejsce w Belle Epoque. (żarcik!).

Kolejnym atutem The Get Down są w końcu młodzi i w większości nieznani aktorzy, którzy dopełniają swoją grą uczucie realizmu serii. Bezkompromisowo wcielają się w granych przez siebie bohaterów, uwiarygadniając tym samym  emocje kreowane na ekranie. Z pierwszoplanowych postaci jedynie Jaden Smith, ma doświadczenie aktorskie, nie będąc jednak najjaśniejszym punktem obsady. Na ekranie zobaczymy jeszcze Jimmy Smitsa i Giancarlo Esposito, weteranów telewizyjnych seriali oraz kilku mniej znanych, drugoplanowych aktorów, którzy wspierają młodą energię buzującą na ekranie.

Jimmy Smits The Get Down

The Get Down atakuje po prostu widza feerią kolorów, umownych zapachów, wibracji muzycznych i paletą emocji.

Częstymi zarzutami, kierowanymi pod adresem Baza Luhrmanna, jest przerost formy nad treścią, w obrazach przez niego tworzonych. W wypadku The Get Down ciężko zgodzić się z nimi. Tym razem forma nie przykrywa treści, a uwydatnia ją i nadaje jej przepięknych kolorów. Sprawia że The Get Down błyszczy światłem odbitym przez dyskotekową kulę, pulsuje hip hopowym bitem i lśni nadzieją, nad ruinami rzeczywistości lat siedemdziesiątych w Bronxie.

Jeśli macie ochotę na filmowy flirt w stylu retro, urzeka was nostalgia The Stranger Things, pociąga mrok Harlemu z Luke’a Cage’a, zakochaliście się w pulsującym rytmie Moulin Rouge – nadróbcie szybko zaległości. Druga część szalonej opowieści powróci już 7 kwietnia.


ps. Wielkie podziękowania dla k-paxa, za to że przekonał mnie do tej fantastycznej, filmowej podróży.

Bisior

Na co dzień gada i gra na antenie MUZO.FM Czasem kiedy nie gada lubi coś napisać :).

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz