Nothing But Thieves Broken Machine to płyta, która zaskakuje. Przy okazji pięknie wpisuje się w styl zespołu, który – co prawda może trochę nieświadomie – ale na każdym kroku udowadnia, że pozory mylą. I że talent + upór to mieszanka wybuchowa.

Czasem wystarczy jedna piosenka. Jedna – i wiadomo, że z zespołu coś będzie. Tak właśnie było z Nothing But Thieves i Wake Up Call. Pamiętam, jak krótko po wydaniu singla ekipa przyszła na wywiad. Skromni, cisi, chociaż wcale nie wystraszeni. I trochę zmęczeni, bo, jak się okazało, poprzedniego wieczoru zbyt intensywnie oblewali trasę koncertową. Ale przed krótkim radiowym występem rzucili: „zrobimy to najlepiej jak potrafimy”. I zagrali tak, jakby ćwiczyli przez cały dzień.

Nothing But Thieves to żywy dowód na to, że „nic nie jest takie jak się wydaje”. Wokalista Conor Mason, który wygląda jakby dopiero odebrał dyplom szkoły średniej, potrafi godzinami rozmawiać o klasyce rocka. Muzycy, poza sceną raczej spokojni, na koncertach wyglądają jakby spędzili na scenie więcej lat niż wskazują na to ich metryki. A coś mi się wydaje, że to dopiero początek tego, na co stać zespół.

Nothing But Thieves Broken Machine to album, który może trochę zaskoczyć. Ta płyta brzmi jak wymyślona w latach siedemdziesiątych, ale nagrana dzisiaj. I brzmi świetnie! Singlowy Amsterdam już od pierwszego przesłuchania zapala w głowie lampkę „hit”. Tak samo zresztą jak nieco mniej drapieżny, ale równie piękny kawałek Sorry. Tytułowy Broken Machine to delikatny flirt z elektroniką, a Live Like Animals powinno spodobać się zwłaszcza fanom Twenty One Pilots. Inspiracje klasyką rocka najlepiej słychać w Get Better, którego początek może nieco przypominać Kashmir Led Zeppelin.

U Nothing But Thieves nic nie jest dziełem przypadku. Już debiut zespołu brzmiał jak dobrze przemyślana płyta, a teraz grupa pokazuje, że dopiero się rozkręca. Jeśli tylko chłopaki tego nie zepsują, za parę lat pewnie to Nothing But Thieves będzie nazwą wydrukowaną najwyżej na plakatach Open’era.