Lorein Złamania czyli problemy dwudziestolatków

Lorein Złamania recenzja

To już trzeci krążek w dyskografii sympatycznej ekipy Lorein. Złamania przynoszą jedenaście nowych kompozycji i cały bagaż problemów. 

Problem numer jeden. Nie jest dobrze. Jest zbyt przebojowo, jest za dobrze. Kawałki same zapraszają się do uszu. Szybkie numery wyrywają do przodu, zabierając słuchaczy w taneczny wir. Ballady patrzą nam w twarz smutnym spojrzeniem i łapią za serce. To bardzo źle. To niestety łatwy powód do rozjechania nowego materiału Lorein przez kolejnych recenzentów. Brak niezrozumiałych szeptanek, brudu, trzasku i całego tego pseudo alternatywnego szumu, który wprawia w zachwyt piszących o muzyce.

To też kolejny problem. Brzmienie. Mięsiste i wysycone gitarami, kiedy pojawiają się skoczne riffy. Flirtujące smacznie z pierwiastkiem klawiszowym, który niestety zbyt dobrze zmiękcza i ubogaca kolejne utwory. Straszne niedopatrzenie i wulgarne dopieszczenie przestrzeni, bezczelnie rozbijającej się w głośnikach. Brak zwyczajnego paździerza i dżyndżynowania gitarowego.

Teksty. Oj te teksty. Tu jest pole do popisu. Ta miłość, taka zwyczajna. Ten ból tak po prostu opisany. Ta Wisła taka mokra. To spojrzenie młodego człowieka na otaczający świat, takie wydaje się gówniarskie, napisane wprost. Te problemy akomodacyjne dzisiejszych dwudziestolatków, muszą najzwyczajniej drażnić szanującego się dziennikarza, z ustabilizowaną sytuacją egzystencjalną. To genialne pole do nakopania Lanietz’owi w dupę za brak wymuszonych porównań, górnolotnych i niezrozumiałych przenośni. Przecież poezja patersonowa to gniot, a wysoka liryka znajduje się poza zrozumieniem gminu.

Czyli nie: Czuję rano wlewa się przez powieki nowy dzień, a Oddech poranka napełnia swoim jestestwem skórną granicę oczu

…i nie: Leżysz cicho obok mnie chwilę patrzę na twój sen, tylko grawitacja utrzymuje cie milcząco w przystani mego wzroku

… a już pod żadnym pozorem: Wstaję szybko, myję twarz nie pamiętam co i jak, jedynie: oblicze me wypełnia się cieczą, tak wodnistą od zapomnienia… i tak dalej bez końca można poprawiać

Jeszcze jeden problem refreny, za dobrze się śpiewa pod nosem, co zwyczajnie drażni i to jest już skandal.

Na koniec głos wokalisty. Banalny, przefalsetowany, zbyt ciepły chwilami i generalnie kopia Rojka. Już dawno zamiast kupować nową konsoletę muzycy powinni zrzucić się na operację strun głosowych Łukasza. Tak żeby buczał i pomrukiwał, wtedy będzie dobrze i charakterystycznie. Ewentualnie weź Lanietz kilka lekcji u Zenka Martyniuka, żeby znaleźć nową barwę.

Na zakończenie muszę stwierdzić, że jeśli wyeliminować wszystkie problemy, o których pisałem, powstałby doskonały alternatywny krążek, który wzbudziłby szerokie zainteresowanie w branży. Niestety mamy do czynienia z przebojową płytą, pełną chwytliwych melodii i doskonałych refrenów, której słucha się zwyczajnie zbyt dobrze, a to już wstyd. Nadmiar pomysłów na banalne melodyjki, utrudnia wybór kolejnego singla, bo chce się ich słuchać wszystkich na raz.

1 Fale
2 Dźwięki Rozstania
3 Na głos niewypowiedziane
4 Złamania
5 Ładny
6 5 x 5
7 Liście
8 Alarmy
9 Kilka słów, kilka dni
10 Falconer
11 Wisła

 

 

 

Bisior

Na co dzień gada i gra na antenie MUZO.FM Czasem kiedy nie gada lubi coś napisać :).