Najpierw piorunujący singiel Run, później genialny The Sky Is A Neighborhood. Najnowsza płyta naszych melodyjnie hałaśliwych ulubieńców Foo Fighters zapowiadała się niczym grom z jasnego nieba.

Pomimo upływu trzech lat od ostatniego krążka Sonic Highways Dave Grohl nie pozwolił zapomnieć nam o sobie i swoim zespole. Trzeba powiedzieć, że kto jak kto, ale Dave posiada ten dar. Jest marketingowym zwierzęciem. Zawsze znajdzie sposób, aby pojawić się w odpowiednim miejscu, zaznaczyć swoją obecność. Jak nie genialna trasa koncertowa, to przepiękna ep-ka Saint Cecilia. Nawet nieszczęścia przekuwa w sukces. Tak, chodzi mi o złamaną nogę, która na długie tygodnie stała się koncertowym symbolem. Tron z gitar robił różnicę.

Jednocześnie to właśnie Grohl jest tym typem pozytywnego świra, którego każdy chciałby przytulić, a Foo Fighters potrafi łączyć pokolenia, co widać na koncertach. Dave może więcej i wymagamy od niego więcej.

Póki co dwoi się i troi, aby sprostać „naszym wymaganiom” :). Ta wzmożona aktywność, która przejawia się nie tylko na muzycznym polu, rozpoczęła się chyba z genialnym albumem Wasting Lights. Spotkanie po latach z legendarnym producentem Butchem Vigiem przyniosło rewelacyjne efekty. Do dziś to jeden z moich ulubionych krążków. Cudowne melodie, otoczone selektywnymi i jednocześnie pełnymi mięsa, gitarowymi riffami sprawiają, że wciąż wracam do Wasting Lights z przyjemnością.

Kolejnym krokiem był niesamowity dokument Back And Forth, który sprawił, że historia grupy odżyła na nowo. Czy Sound City był efektem filmowego zacięcia Dave’a, skatalizowanym przez dokument? Tego nie wiem, ale otrzymaliśmy kolejną porcję fantastycznej muzyki i obraz, który nie tylko otwierał oczy na muzyczne dzieje, rozbrzmiewające w ścianach Sound City Studio, ale uczył przede wszystkim tolerancji. Grohl pokazał, że muzyczne style są tylko umowną granicą, a to co może łączyć ludzi to talent, unoszący się nad kolejnymi piosenkami.

W podobnym duchu utrzymany był kolejny obraz. Edukacja, tolerancja i miłość do muzyki to w skrócie streszczenie serialu Sonic Highways, który był jednym z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie i jeszcze kilka osób… prawda PaBin? 🙂 Każdy kolejny przystanek na muzycznej mapie USA był małym świętem w moim telewizorze. Efektem tych podróży był krążek Sonic Highways. Zaledwie osiem numerów, które były ciosem, a w połączeniu z obrazem wryły się w głowę i zostawiły pozytywne ślady.

To póki co wciąż magiczna płyta, którą trudno będzie przyćmić przez długie miesiące i może lata. Świeżość i elegancja z jaką Grohl, Vig i reszta ekipy łączyli style, odnajdywali pozornie sprzeczne elementy i zespajali je w doskonałą całość wciąż zachwyca. Pomimo upływu trzech lata zarówno film, jak i muzyka nie pokryły się patyną  i myślę, że będą aktualne jeszcze bardzo długo. O takim dziele można powiedzieć, że to błysk geniuszu, a nawet cały snop światła.

Co nowego zaprezentuje nam nasz muzyczny superbohater na nowej płycie? Tu jakiś fragmencik na koncercie, tu kolejny kawałek, napięcie rosło. Nagle trach, bum, bęc i pierdut. Znienacka wpada Run. Ogień i woda wymieszana w diabelskim kotle miodu. Słuchałem chyba kilkanaście razy – pozdrawiam moich wyrozumiałych sąsiadów. Wyborne połączenie White Limo z I Am A River. Teledysk, jak zwykle z jajem czego chcieć więcej. To jakby numer będący kwintesencją i echem dwóch poprzednich albumów.

Kolejny The Sky Is Neighborhood to klasyczny Foo Fighters. Genialne partie wokalne, gitarowe pochody, emocje bez zbytniego darcia ryja, w stylu Chylińskiej (sorry Aga). Wszystko się zgadza. Jeszcze udostępniony przed premierą The Line, który pięknie dopełnia brzmieniowo dwa pierwsze numery. Brzmi jak połączenie Sugar (kapeli Boba Moulda) z beatles-owskimi zapachami.

Tak wiem. Mogliśmy usłyszeć na Openerze, jeszcze przed premierą La Dee Da, jednak ja zanim nie posłucham całej płyty, nie lubię słuchać koncertowych wrzutek. Tym bardziej, że numer nie powalił mnie. No nie jest to miłość od pierwszego usłyszenia. Oczywiście earwarm-owy riff będzie się wbijał, raz za razem, za każdym razem i w końcu uleży się, ale piszę to dziś, a nie za miesiąc.

Wsiadam do samochodu i gram po raz pierwszy Concrete And Gold. Po jakimś czasie zdaje sobie sprawę, że tak na prawdę nie słucham, ale tylko słyszę. Jakoś te numery przelatują swoją masą, stłaczają się swoją powtarzalnością, jakimś przebeatlesowaniem, patentami które nie uderzają i nie zachwycają od pierwszych dźwięków. Make It Right gdzieś poszło bokiem, szepczący i intrygujący z początku Dirty Water zamyka się kolejną powtórką ze ściany gitar, której brak tej słodkiej subtelności The Sky Is Neighborhood i The Line.

Wreszcie jest Arrows. Cudowny od pierwszego do ostatniego uderzenia w struny. Czwarty doskonały przyjaciel z Concrete And Gold wykuł sobie drogę do muzycznego serca.

Happy Ever After (Zero Hour) taki plumkający przyjemniaczek, w którym jakby za dużo Across The Universe. Czy tylko ja to słyszę? Sunday Rain zalicza przyłożenie, chociaż przez głos Taylora nie brzmi do końca jak typowe Foo Fighters, ale da się przy nim dobrze tańczyć. I tu zasadniczo mogłoby się wszystko skończyć, a tytułowy numer dobrze odnalazłby się na jakimś bisajdzie.

Oczywiście Dave jak zwykle z wdziękiem potrafi wszystko wyjaśnić, w końcu przedni z niego gaduła, a historyjkami sypie jak z rękawa.

Pomimo wielu zachwytów, wzniosłych epitetów i górnolotnych porównań, jakie spotkałem w sieci na temat Concrete And Gold, nie mogę się z nimi zgodzić w 100 %. Dla mnie to nie arcydzieło, a po prostu dobra płyta. Trochę nużąca w całości, ale podana w wybranych odcinkach daje radę.

Według mnie pojawienie się jako producenta Grega Kurstina nie wnosi nic nowego. Foo Fighters stracili soczystość i selektywność, którą wniósł do ich nagrań Butch Vig. Przypomnijcie sobie Rope. Te gitary tak pięknie ze sobą gadały i uzupełniały się, lecąc obok siebie w uścisku w każdym momencie. To nowe brzmienie trochę siadło. Stało się ciemniejsze, mniej czytelne. Zbyt często zamiast energetycznego uderzenia, mamy zwykły łomot.

Tak samo goście, którzy pojawiają się na płycie – Justin Timberlake, Paul McCartney czy Alison Mosshart – wydają się być tylko marketingowym zabiegiem albo kumpelskim jajem. Nie wnoszą nic nowego do krążka jak było chociażby z Bobem Mouldem na Wasting Lights, że o bohaterach Sonic Highways nie wspomnę.

Tak więc na kolejne arcydzieło Foo Fighters jeszcze poczekam, słuchając ulubionych kawałków z Concrete And Gold i kochając chłopaków miłością wielką 🙂

1. T-Shirt
2. Run
3. Make It Right
4. The Sky Is A Neighborhood
5. La Dee Da
6. Dirty Water
7. Arrows
8. Happy Ever After (Zero Hour)
9. Sunday Rain
10. The Line
11. Concrete and Gold

 

 

 

 

ps. i tak chciałbym pośpiewać z nimi kiedyś, jeśli nie w samochodzie to w radiowym studio 🙂




 

Autor - Bisior

Na co dzień gada i gra na antenie MUZO.FM Czasem kiedy nie gada lubi coś napisać :).

Sprawdź inne artykuły Bisior
  • Marcin Kapkowski

    Brawo Bisior! Już gotowałem się na bitwę z twoimi achami i ochami, a tu… no miłe zaskoczenie, że ktoś ma jednak podobne zdanie jak ja 😉 .

    Dla mnie na chwilę obecną ulubionym kawałkiem z płyty jest jednak The Sky Is A Neighborhood. Why? Ano nie jest tak zmanierowany jak reszta płyty i gitary mają jednak swój udział, a wokal nie jest ledwo słyszalny. No i jest w nim ta rockowa melodyjność, którą Foosi potrafią jak mało kto inny, reszta jest (jak mówiłem) porwana i zmanierowana.

    Może doprecyzuję. Schemat zrywów na przejściu zwrotka / refren lub na odwrót jest tu wykorzystany do maksimum. Ja rozumiem w dwóch, trzech utworach, ale kurczę tu w dwóch lub trzech to go tylko nie ma. I zrealizowane jest to do tego stopnia, że dla mnie w większości wypadków refreny i zwrotki to oddzielne utwory. Chwilami się to do siebie jakby nie klei.

    No i maniera. To jest płyta perkusji. Zdecydowanie i niepodważalnie. To ona jest na pierwszym planie nie tylko jako element kompozycji bo wszystkie utwory opierają aranże na bardzo mocnej, pierwszoplanowej perce, ale jest ona też głównym elementem wszystkich smaczków, zwolnień itp. Ponadto jest zdecydowanie zmiksowana jako najgłośniejszy element. Potem jest reszta zespołu, a na końcu… wokale.

    Dlatego właśnie (i tu się z tobą zgadzam) moim zdaniem płyta przeradza się nieraz nie w muzykę a jakiś taki… hałas? Perka nawala na przedzie, biedny Grohl musi się wydzierać, żeby w ogóle było go słuchać gdzieś w tle, a gitary jak grają melodyjnie to ich nie słychać, a jak dołączają ostrzej to tworzy się ów hałas.

    Ja poznawanie Foo Fighters rozpoczynałem od In Your Honor. Po pierwsze gitary urzekały tam od pierwszej sekundy i to, że nawet najostrzejszy kawałek (choć dobrze wiemy, że to jakiś ostry album to nie był), potrafił błyszczeć melodią płynących z ostrych riffów, które współgrały z perkusją, a nie były nią młócone jak cepem. Wasting Light i inne także potrafiły tą melodyjność gitar wydobyć, nieważne jak ostro by było. Na Concrete and gold szczerze mówiąc, poza dwoma kawałkami w tym moim ulubionym, gitar nie słyszę, żadnej wiodącej nic z tych rzeczy. Podczas gdy to ja właśnie za magię gitar FF pokochałem. Po drugie porównując szczególnie do wspomnianego In Your Honor myślałem, że FF nie ulegną manii wydawania EPek jako albumów, mówię o ilości utworów, a tu jednak…

    Za cały album w stylu Saint Cecilia bym ich ozłocił, a tu jednak nieco bardziej…no… beton.

    PS. Może to przykre i niesprawiedliwe, ale słuchanie gadany Grohla o tworzeniu albumu, która tu też podlinkowałeś, dało mi większą frajdę niż słuchanie niektórych utworów z niego.

    PPS. No i kurde płyta rockowa, a ja nie pamiętam w tej chwili, żeby jakakolwiek solówka na niej była? Ej Panie Grohl, co Panu się porobiło…

    • Bisior

      Dzięki. Jednak słyszymy podobnie 🙂