Kiedy na ekranie pojawiają się pierwsze napisy, zaskoczeni ludzie szukają w ciemności drogi do ubikacji, a ty masz ochotę podnieść ręce w górę i klaskać cicho, aby nie spłoszyć zadumy ostatnich scen, to chyba znak, że zobaczyłeś kawał dobrego kina. Tak jest w przypadku najnowszej hollywoodzkiej produkcji Blade Runner 2049, która chwilami przypomina bardziej wysokobudżetowy artystyczny film europejski niż obraz wyprodukowany w mieście aniołów.

Blade Runner 2049 recenzja widziana starszym okiem czyli jak stare pięknie splata się z nowym

Blade Runner 2049 to dwie godziny i czterdzieści minut projekcji, uff sporo. Nie lubię długich filmów w kinie. Najczęściej są to przeciągnięte w nieskończoność gnioty. Wydłużymy kilka scen, może będzie lepiej. Nigdy nie jest lepiej. Zasadniczo oglądam je dopiero w domowym zaciszu. Ile razy powiedziałem po skończonym seansie: „bosz gdybym poszedł na to do kina to bym oszalał”, „a nie mówiłem”, albo „a jednak miałem rację”.

Tym razem zaryzykowałem wyjście na Blade Runner 2049. Po pierwsze dlatego, że moi synowie od tygodni uprawiali domową propagandę, z cyklu: „ten film będzie ci się podobał”, „to nie jest batman i superman”, „Villeneuve jest genialny, to on nakręcił Nowy początek” i tak w nieskończoność. Po drugie, a może drugie pierwsze, kocham książki Philipa K. Dicka, który jest dla mnie bratem Kurta Vonneguta Jr. Po trzecie pierwsze Łowca Androidów, to taki kultowy obraz z dzieciństwa, którym nasiąknęliśmy pokoleniowo w przerwie między Gwiezdnymi Wojnami.

Chociaż nie do końca rozumiałem wówczas wszystkich meandrów semantycznych, nie przeczytałem jeszcze książki, a efekty nie były tak piorunujące, jak w sadze Lucasa (mało blasterów i świetlnych mieczy), to jednak film Scotta rzucił swój urok. Urok pewnej scenariuszowej, pozornej niezdarności, powolnej narracji, muzyki Vangelisa i wizualnego artyzmu, który działał na wyobraźnię młodego człowieka.

Połączenie nowatorskiej, jak na tamte czasy, ścieżki dźwiękowej, która jest doskonałym dopełnieniem ekranowego przepychu, zostało po latach w mojej głowie i nie zestarzało się do dziś. Ten moment kiedy naszym oczom ukazuje się oko i wielka budowla korporacji Tyrella, a vangelisowe syntezatory napędzają emocje, do dziś powoduje ciary na całym ciele. Rutger Hauer i Harrison Ford też zrobili swoje, a postać J.F. Sebastiana, starego młodzieńca, pozostała w pamięci długim dźwiękiem samotności.

Co przynosi Blade Runner 2049? Spokój. Artystyczne piękno. Refleksyjny smutek.

blblade runner 2049 recenzja

Wszystko od samego początku jest poukładane i sensowne. Nie ma patosu i przerysowania, które nagle zakrada się do hollywoodzkich produkcji. No dobrze jest jeden moment, w którym pomyślałem: „i całe dwie godziny misternego budowania napięcia jebut”. Już za chwile załopoczą sztandary podczas zmasowanego szturmu na korporację… a tu nie. Dalej powolutku i jakby obok blockbusterowych wymogów.

Nowa historia jest niejako kontynuacją pewnych wątków z oryginalnego filmu, zanurzoną w mrocznym świecie dick-owskiej post apokalipsy.  Powracają pytania o granicach człowieczeństwa, o to czy „myślę więc jestem” nadal definiuje je w nowej rzeczywistości. Widzimy świat zniszczony przez nas samych, w którym życie jest trwaniem zanurzonym w obskurnym chaosie. Świat imponującej technologii, oblepionej brudem biednej codzienności i wypełnionej artefaktami dawnego porządku.

blblade runner 2049 recenzja

Muzyka Vangelisa, była i jest jednym z najważniejszych elementów Łowcy Androidów. Syntezatorowe, momentami pełne patosu, chwilami liryczne, niczym szum fal, dźwięki kręciły się na moim kaseciaku w nieskończoność, na zmianę z Rydwanami Ognia i innymi kawałkami, ktore udało mi się złowić z radiowego eteru. Hans Zimmer i Benjamin Wallfisch przepięknie wpisują się w tę historię. Chwilami miałem wrażenie, że gdzieś tam z tyłu, w studio siedział z nimi stary Grek i pisał kolejne linijki muzyki. Chociaż brakowało mi czegoś, tak zapadającego w głowę jak Love Theme, to jednak obaj panowie rewelacyjnie wprowadzili nowe, mroczne elementy, genialnie podkreślające i uzupełniające wizualne doznania.

Te zaś w nowym filmie są piorunujące. Gra świateł, scenografia, kolory i ujęcia wbijają w kinowy fotel. Sprawiają, że wszystko chciałoby się zobaczyć jeszcze raz na jeszcze większym ekranie. To nadal z muzyką pierwszoplanowy bohater filmu. Futurystyczny vintage, przepełniony przepychem pustki, brudem i zgiełkiem samotności w tłumie. Przerażająca wizja naszej przyszłości, do której krok po kroku zmierzamy.

blblade runner 2049 recenzja

Blade Runner 2049 jest wielkim i pięknym ukłonem dla swojego poprzednika. Filmem, który pięknie  kontynuuje artystyczne doznania pierwowzoru. Urzeka nas nieśpieszna narracja, pozorne zwolnienia i spokój w odkrywaniu kolejnych warstw. Ten film się nie tyle ogląda, co chłonie z ekranu. Nie przeszkadza lekko wstawiona sąsiadka na fotelu obok, błyskające w ciemności ekrany telefonów. Warszawa to jednak globalna wioska.

Zaczaruje was magia płynąca z ekranu, która sprawi, że potraficie się wyłączyć i wejść do tego mrocznego, pełnego niepokoju i smutku świata. Te prawie trzy godziny przelecą niepostrzeżenie. Nie będziecie się wiercić na fotelu. Odpłyniecie razem z K w podróży, od oka wypełniającego ekran do płatków śniegu, tańczących na schodach. Ze zdziwieniem przyjmiecie napisy końcowe, które wydają się pojawić za wcześnie.

bladerunnermovie.com

ps. Ciekaw jestem waszych opinii. Dajcie znać w komentarzach.

 



 

Autor - Bisior

Na co dzień gada i gra na antenie MUZO.FM Czasem kiedy nie gada lubi coś napisać :).

Sprawdź inne artykuły Bisior