Nie ma problemu – z tym hasłem kojarzy mi się od lat grupa Biffy Clyro. Czekanie w pełnym słońcu w, delikatnie mówiąc, mało luksusowym zakątku festiwalu – nie ma problemu. Przejście przez błoto w białym garniturze tylko po to, żeby nagrać parę słów – nie ma problemu.

To nie wielkie deklaracje w pięknych wywiadach, ale właśnie takie proste rzeczy pokazują, że ktoś, nawet z dużymi sukcesami na koncie, jest ciągle tym samym, skromnym i po prostu fajnym człowiekiem. Zupełnie jak na początku kariery. A początki dla Biffy Clyro nie były łatwe.

Simon, Ben i James byli zawsze trochę za mało cool dla modnych brytyjskich magazynów muzycznych i trochę zbyt głośni dla tych, którzy lubili tylko ładne, proste melodie. Grupa zagrała więc przez lata sporo koncertów dla tak małej publiczności, że dzisiaj niektórzy daliby się zabić za wejście na taki występ. Szkoci byli jednak uparci. Cholernie uparci – jak sami mówią – i stwierdzili, że będą grać, bo to po prostu kochają. Opłaciło się.

Trudno powiedzieć, w którym dokładnie momencie Biffy Clyro trafili do masowej publiczności, ale chyba całkiem fair będzie stwierdzić, że stało się to dzięki Many of Horror. Wtedy do wiernych fanów dołączyli nowi. Tacy, którzy musieli jeszcze w internecie sprawdzać, jak czyta się tę dziwną nazwę, ale wiedzieli, że ta nazwa zostanie z nimi na dłużej. Zespół zaczął grać coraz większe koncerty, a później, nareszcie, dorobił się statusu festiwalowego headlinera. I to na pewno nie jest ostatnie słowo muzyków, bo jeśli ktoś nagrywa takie płyty jak Ellipsis, to znaczy tylko jedno: nie zamierza odpuszczać. Dzięki, Biffy, za to, że nie zawiedliście.

Okazuje się, że można nagrać świetny, przebojowy album i zrobić to po swojemu. Kawałki typu Wolves of Winter” i On a Bang od razu udowadniają niedowiarkom, że grupa wcale nie zapomniała o swoich początkach. Za to Flammable”, Howl czy Re-arrange – czyli Many of Horror tej płyty – pokazują, że chłopaki wiedzą, co to świetne melodie. Liczba f**ków w tekstach od razu zdradza, że pisanie piosenek nie odbywało się w bajkowej atmosferze, ale to jeszcze lepiej pokazuje, że Biffy Clyro nie są jakimś „alternatywnym boysbandem”, tylko zespołem z krwi i kości.

Lubię tę grupę od dawna, ale takie lubienie to też pułapka. Zawsze boję się, że zespół, któremu kibicuję, wyda coś słabego. I nie będzie miejsca na sentymenty. Na szczęście, nie tym razem. Dlatego w październiku pewnie spotkamy się na koncercie Biffy Clyro w Warszawie (ciekawe, czy przebiją głośnością ostatni występ w Stodole) i pokrzyczymy pod sceną Mon the Biff. Ja zrobię to na pewno. O, przepraszam: nie ma problemu!